Image
Image

Now Playing (212)

Jak wiecie, (prawie) wszystko kojarzy mi się z popkulturą z lat 80., ostatnio zaś osobliwie z Winylami Dziadka Wojtka. Blog od początku miał formułę „przy muzyce o polityce (albo odwrotnie)”, więc powody dla których brzmi teraz w uszach „Kalkuta nocą” 2 plus 1 są oczywiste. Ale nie ściemniam, naprawdę mi brzmi.

Jutubonauta napisał recenzję „K*a jakie to piekne!!!!!!” i trudno się z nim nie zgodzić. Po 44 latach można tylko powiedzieć, że zestarzało się to znakomicie, może z jednym małym zastrzeżeniem. W muzyce pop czasów PRL nie rozumiem fenomenu wokalnych duetów, w których kobieta ma głos w tak oczywisty sposób sto razy lepszy od faceta, że facet – gdyby miał minimum rzetelnej samooceny – powinien po prostu milczeć, niczym cymbalistów wielu przy Jankielu. Ale drze się nie wiadomo po co, jak w tym utworze.

Elżbieta Dmoch śpiewa tu tak, że w następnym stuleciu nadal czapki z głów. Jej ówczesny mąż Janusz Kruk niestety jej momentami wtóruje i to jest coś doskonale tej piosence niepotrzebnego. Gdybym umiał robić takie rzeczy, zrobiłbym bootlegowy remiks z wycięciem jego wrzasków (to nawet nie jest śpiew przecież).

O remiks to się w ogóle prosi, bo piosenka ma kapitalną sekcję rytmiczną. I to już jest chyba zasługa pana Kruka, kompozytora? Uszami wyobraźni słyszę wykorzystanie sampli z tego rytmu w jakimś hiphopowym utworze z serii „Ja i moja beemka”.

Z jutuba dowiedziałem się, że ktoś zrobił współczesny cover. No i jak wszystko współczesne, to taka elektro-beemka z wielkim ekranem dotykowym i zerową frajdą z jazdy. Automix, autoplay, autotune. Jak mawiają Włosi, poco a poco.

Dla ówczesnego 2 plus 1 była to bodajże pierwsza wycieczka w klimaty postpunkowego rocka. Przedtem zespół katował nas głównie jakimiś niby-hipisowskimi nudziarstwami, których nigdy nie polubiłem. Próbując rozstrzygnąć wątpliwości na koniec zaryzykowałbym domyśl, że pan Kruk się tak wydziera, bo mu się wydawało, że na tym polega rock (ale Dmoch rozumie rocka jakby nigdy nic innego nie śpiewała).

Tekst napisał niestrudzony kronikarz życia intymnego w PRL, mistrz Mogielnicki. Tytuł sugeruje, że chodzi o Kalkutę, ale tekst piosenki ewidentnie opisuje jakiś peerelowski Grand Hotel (z jakiegoś powodu pada tam przecież kwota „pięćset złotych”). W tymże hotelu rozgrywa się znana nam wszystkim scena – młoda dama dostaje cynk od młodych ludzi, którzy nerwowo liczą pieniądze („wysilając mózg i palce toczą bój ze szmalcem”). Brzmi on: klient czeka w pokoju 603. Leniwie więc rusza „w stronę wind”.

Zdążyłem zauważyć, że wielu moich rówieśników tego nie zna (choć znają te inne hiciory 2 plus 1, o kolorowych kredkach wędrujących w stronę słońca i takie tam). W PRL miało to dziwną dystrybucję, wyszło chyba tylko na singlu, ale już nie na albumie. Trochę leciało w radiu, ale jednak nie za bardzo, bo tekst był jednak trochę zbyt krytyczny. Czytelniku: a Ty to znasz?

Co do polityki – wiadomo, że w takich hotelach odchodzi taki biznes, bo popyt wymusza podaż. Ponieważ jest nielegalny, to wszyscy uczestnicy mają plausible deniability. Tylko w Las Vegas – i to tylko w piosence Robbiego Williamsa – to działa tak, że sutener wchodzi z dziewczynami do pokoju klienta i mówi „My name is Sunshine, these are my girls, lace my palm with silver baby and they gonna rock your world”.

Jeśli ktoś pracuje jako ochroniarz, musi to wszystko widzieć – inaczej byłby kiepskim ochroniarzem i w końcu przegapi jakiś gang, który w ten sposób przenika do pokoju 603, ale już żeby tam popełnić przestępstwo z innego rozdziału kodeksu karnego. Musi więc przynajmniej odwracać wzrok, ale byłoby to bardzo dziwne, gdyby robił to bez przyjmowania korzyści majątkowej.

Wierzę więc Onetowi. „Udowodnienie zarzutów” będzie jednak zwyczajnie niemożliwe, możliwe będzie najwyżej wykazanie, że rzetelnie zebrali relacje świadków a więc mieli prawo to napisać. I trzymam kciuki, żeby się udało. Na razie puszczając sobie tonpressowską siódemkę a propos.

Kto na kogo

Image

To znowu będzie notka z serii „A Wy Jak Myślicie”, bo sam mam obecnie w sprawach politycznych mętlik niczym podmiotka liryczna Maanamu („kiedyś tyle miałam w głowie / na tak, na nie zawsze odpowiedź”). W dodatku martwię się, że się o tą politykę niedługo pokłócimy, bo dotąd stanowiliśmy w miarę zwartą ideowo banieczkę (i super – wszyscy powtarzają że „nie wolno się zamykać w bańkach”, a nikt nie powiedział dlaczego), ale niebawem wyborcy Zandberga będą się ustawiać w kominiarkach z bejsbolami na trasie wyborców Czarzastego.

Dla mnie kiedyś wszystko było proste, bo byłem zdeklarowanym zwolennikiem Razem, gotów być choćby wśrod 1% wyborców – ale głosujących zgodnie ze swoimi poglądami. Od kiedy posłowie tej partii zaczęli grać w te swoje „szachy 5D”, głosując to w obronie Ziobry, to w obronie Mentzena, straciłem tę motywację.

I co teraz? Od kiedy nie mam już Swojej Ulubionej Partii, czuję się jako ta bila w pinballu, miotana od grzybka do grzybka. Moje sympatie polityczne zależą od tego, kto ostatnio palnął lub zrobił coś głupiego, co chwilowo faworyzuje Czarzastego. Hejtuję go oczywiście jeszcze od afery Rywina, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość, że na tle Tuska czy Koniecznego wyróżnia się unikaniem głupot.

Boję się jednak sytuacji, w której wystartują dwie listy lewicowe i obie dostaną 4,9%. W takim razie może od razu na KO? Niby jakiś plan, ale zaraz potem Tusk pokazuje się w stroju maharadży i jednak czuję, że mnie to przerasta.

Oczywiście nie te przebieranki są najważniejsze. Wybaczyłbym „słońcu Peru” skłonność do pozowania do zdjęć w idiotycznych kostiumach, ale jestem wyjątkowo zdegustowany aferą Kołodziejczaka. To ona mnie tak naprawdę skłoniła do napisania tej notki.

Tego osobnika przede wszystkim Tusk nigdy nie powinien był brać na listę. Tak, wiem, jak zwykle genialny gambit w szachach 5D, „lokomotywa wyborcza”, która przyniosła całe 0,0001% głosów. Bo coś koło tego typek by przecież zebrał startując samodzielnie.

Ale skoro już go wzięli, to kopenwdupenizacja powinna była nastąpić natychmiastowo. A przecież w chwili pisania, on nadal jest w klubie KO. Tak, wiem, zawieszony w prawach członka. Ale jednak nadal członek. To już na tym tle sprawa Matysiak wygląda niewinnie.

W efekcie jakiś obwieszony łańcuchami pitekantrop ośmiesza parlament i koalicję rządzącą. To wszystko #winatuska, tak jak za wylansowanie Leppera odpowiadają Leszek Miller i Jarosław Kaczyński. Niebywałą głupotą jest nadzieja, że tego typu ludzie się ustatkują jak się ich weźmie do rządu – przeciwnie, uznają to za potwierdzenie bezkarności i niczym knury z Szamboobrony, rzucą się na podwładne. To jak w bajce o żabie i skorpionie, ci ludzie się nie zmienią tylko dlatego, że im dasz fajną fuchę. Oni potrafią tylko niszczyć.

Obserwuję to z rozpaczą, bo – jak wiele razy pisałem – na serio się obawiam końca złotej epoki polskiej wolności. Takie cyrki często towarzyszą upadkowi republiki (było tak w Rzymie, było tak w Niemczech), bo wpisują się w ogólną tendencję do zacierania granic między dobrem a złem. Kiedy polityka zamienia się w kabaret, zamienia się w „Kabaret”.

Odrobinkę nadziei widzę w tym, że w nadchodzących wyborach możemy mieć dwie listy pisowskie i dwie konfederacje. Pewnie stworzą ten rząd, ale będzie to chwiejna konstrukcja. Faszyzm wymaga jedności. Historia jednak mówi, że w Rumunii w ostatnich wolnych wyborach startowały 3 partie faszystowskie a w Weimarze dwie (NSDAP i DNVP), w dodatku wewnętrznie skonfliktowane. Faszyzm zazwyczaj to rozwiązuje poprzez noc mniej lub bardziej długich, ale jednak noży – poranek po takiej nocy przynosi już stuprocentową jedność. Skłócenie polskiej prawicy cieszy mnie więc, ale nie całkiem uspokaja.

My się jednak zajmijmy skłóceniem lewicy. Dwie listy, które nie przekroczą progu (albo przekroczą go na tyle symbolicznie, że do Sejmu wejdą tylko Zandberg z jednej, Czarzasty z drugiej), to wydaje mi się realny scenariusz. Z rozpaczy na razie rozważam więc głos na Tuska, ale też nie wiem czy wytrzymam. Za chwilę wystąpi w stroju godowym Hotentotów i oznajmi, że w gruncie rzeczy zawsze był za Polexitem.

Gdyby ktoś miał mnie klasyfikować jak ptaka pochwyconego obiektywem lornetki, jestem biejatystą pochmurnym (ćwir ćwir). Ale nie upieram się. Chętnie poznam wasze obecne postawy (zauważyłem, że u PT komcionautów to się potrafi zmienić z notki na notkę). Gdyby ktoś należał do mitycznego, uznawanego przez niektórych za wymarły gatunku „pisowców kulturalnych”, to oczywiście też zapraszam, ale straciłem wiarę, że jeszcze takiego ptaszka uda mi się zaobserwować.

Tolstoyevsky-Man

Na przecięciu moich zainteresowań popkulturą i Tajemniczą Rosyjską Duszą mieszka sobie mistrz dedukcji i kamuflażu Erast Pietrowicz Fandorin, produkt wyobraźni Borisa Akunina (czyli Grigorija Czchartiszwilego). Zacznę od wstydliwego wyznania, że nie czytałem wszystkiego – będę wdzięczny PT Komcionautom za ewentualne uzupełnienia.

Jak wielu „dobrych Rosjan”, autor jest tak naprawdę Gruzinem. Od 2014 poza Rosją, reżim zakazał sprzedaży jego książek, a jego samego skazał na gułag. Czyli można go lubić.

Postawa samego Akunina/Czchartiszwili jest antyputinowska, ale książki o Fandorinie pisane są z miłością do Rosji i jej historii. Fandorin jest rosyjskim patriotą, który jednak zazwyczaj źle się czuje w samej Rosji, dużo więc podróżuje, początkowo jako dyplomata, potem prywatny detektyw do wynajęcia. Od czasu do czasu stawia jednak czoła jakimś wrogom Rosji i jeszcze nie zetknąłem się z tomem, w którym stanąłby po ich stronie. Zetknąłem się za to z wieloma, w których wygłasza pouczające monologi, że „ojczyznę kochać trzeba i szanować” (najwyżej czasem wzdychając „mimo wszystko”).

Fandorin należy do mitycznej „Rosji modernizacyjnej”, co często rozgrywane jest jako element komiczny. Erast Pietrowicz jest pionierem telefonizacji, motoryzacji, welocypedyzacji a nawet suszyzacji. W czwartym tomie pojawia się jego wierny służący, były wojownik Jakuzy, Masahiro Shibata – który przyrządza dla niego sushi ze świeżych ryb kupowanych na moskiewskim targu.

Często pojawia się tu pytanie, które zadręcza także i nas: czemu Rosja nie może być po prostu normalnym krajem? Jak to w powieściach sensacyjnych, powodem są Spiski, demaskowane przez Fandorina w kolejnych śledztwach.

Cele mają różne. Czasem jest to Modernizacja Po Trupach – wtedy taki spisek potrzebuje słabej Rosji, żeby rozwiązać ręce Zachodowi. Czasem jest to konserwatywny panslawizm, który z kolei chce potężnej Rosji jednoczącej słowiańskie ziemie od Triestu po Władywostok – w skansenie samodzierżawia. Jedni i drudzy próbują zwerbować Fandorina, ten odrzuca ich umizgi: pierwsi są dla niego wrogami, drudzy przestępcami.

Działając na terenie Rosji, spiski funkcjonują w symbiozie ze światem przestępczym. Ten jest tak bogaty, że pożarł państwo od środka. Moskiewskie gangi wysługują się policją do zwalczania konkurencji, co paraliżuje działania spisków legalistyczno-modernizacyjnych (które Fandorin wspiera, a one jego, ale co oni wszyscy mogą…).

Działalność bohaterów negatywnych sprawiła, że Rosja wpakowała się w niepotrzebną wojnę z Turcją, którą niby wygrała, ale takim kosztem, jakby przegrała. Straci przez nią dekady rozwoju, co z satysfakcją w finale „Gambitu tureckiego” opisuje powieściowy villain, który tę wojnę sprowokował.

Nie wiem, czy Akunin w wywiadach wyjaśnia, na ile pokazane w tle rozważania historiozoficzne traktuje na serio. Jeśli odfiltrować fabularne pomysły, książki o Fandorinie sugerują, że wojna turecka 1877-1878 pogrzebała nadzieje na Rosję modernizacyjną. To drugi tom cyklu, ale wkręcenie Rosji w tę wojnę to uboczny skutek działalności spisku zarysowanego w pierwszym tomie.

Jako rusofob odpowiedzi na pytanie „czemu Rosja nie stała się normalna” szukałbym cofając się do Czyngis-chana. A serio owszem, do Aleksandra, ale poprzedniego: tego co to uznał, że z tym modernizowaniem to bez przesady, Napoleon modernizował i paczpan jak skończył. Nawiasem mówiąc, Fandorin w jednym z tomów walczy ze spiskiem neobonapartystów! A Wy Jak Myślicie?

W wielu tekstach o Tajemniczej Rosyjskiej Duszy pisałem, że ich literatura nadużywa przypadku jako chwytu fabularnego. Typowa Zachodnia powieść „Przez Ciernie Do Opla Astra” opowiada o tym, jak Bohater Dąży Do Celu Pokonując Przeszkody. Typowa rosyjska powieść to „Dzieje Przypadku” – przypadkiem się ożenił, przypadkiem rozwiódł, przypadkiem się rozpił, przypadkiem zamordował, przypadkiem skazali, przypadkiem zwolnili, przypadkiem poszedł na wojnę, przypadkiem przeżył. I tak od Tołstojewskiego po Prilepina.

To blokuje możliwość napisania dobrego rosyjskiego kryminału, bo w powieści sensacyjnej przypadek owszem, może być na samym początku („Jack Reacher wsiadł do byle jakiego autobusu Greyhounda”), ale potem już wszystko powinno być racjonalnym śledztwem. Być może dlatego kryminał może być uznany za Ostateczną Emanację Kultury Zachodu.

Akunin rozwiązuje to w dziwny sposób. Fandorin po prostu ma szczęście, to jego supermoc jak z universum Marvela. To taki Tolstoyevsky-Man. Czasem musi to komuś tłumaczyć, wtedy z przepraszającym uśmiechem mówi, że jego ojciec miał pecha, więc fortuna to teraz wynagradza.

Jako pastisz literatury rosyjskiej to urocze, ale w kryminale trochę tandetne. W późniejszych tomach Akunin przestał tego nadużywać. Czasem tylko mamy scenę, gdy spłukany Fandorin przechodzi obok losów na loterię – i heroicznie odsuwa pokusę, szukając uczciwego zarobku.

W pierwszych jednak zdarza się, że Tolstoyevsky-Man wychodzi cało z opresji dzięki wygranej w rosyjską ruletkę. Zupełnie pierwszy („Azazel”) wydaje mi się wręcz na tyle słaby, że po jego przeczytaniu można nie mieć ochoty na następne. Prywatnie zalecam lekturę od trzeciego („Lewiatan”), w którym Fandorin NARESZCIE rozwiązuje zagadkę zwykłej rabunkowej zbrodni, a nie Globalnego Spisku Chcącego Zmienić Historię (ten motyw też uważam za tandetę). Dopiero w nim Akunin demonstruje mistrzowskie opanowanie kunsztu kryminałopisarskiego.

Jak już parokrotnie o pisałem, ten kunszt widzę w paru kwestiach. Po pierwsze, książka sensacyjna musi mieć strukturę woda-woda-BUM!-woda-woda-BUM!. Nagłe zwroty akcji są niezbędne, ale nie mogą się wydarzać co chwila. Każdy głupi umie wymyślić BUM! („nagle padł strzał!”), popracuj młody pisarzu nad wodą, to po niej poznajemy Mistrza Gatunku.

Po drugie, wymaga przemyślenia kwestii narratora, czyli „who was phone”. Wielka Literatura Dziewiętnastowieczna wytworzyła kanon dwóch podstawowych rodzajów: TPO, wszechwiedzącego w trzeciej osobie i FPP, starego subiekta w pierwszej.

Obie mają wady w kryminale. Wszechwiedzący wie kto zabił. To nienaturalne, że to przed nami ukrywa. Często pisze, o czym kto pomyślał – no to czemu ukrywa najbardziej oczywiste „czy aby mnie nie podejrzewają – zaniepokoił się Wirski”. Nie ma prostego wyjścia, jeśli TPO konsekwentnie będzie ukrywać myśli tylko jednej postaci, czytelnik to zauważy. Słynny zarzut Barańczaka wobec peerelowskich kryminałów, że od razu wiadomo kto zabił, często sprowadzał się do nieporadnego stosowania TPO przez niedoświadczone osoby autorskie.

Z FPP mamy z kolei ten problem, że trudno skonstruować fabularnie kogoś, kto z bliska obserwuje śledztwo, ale nie jest w nie bezpośrednio zaangażowany (więc np. nie zdradzi nam za wcześnie zakończenia). Archetypem FPP jest doktor Watson, ale nie każdy kryminał da się tak opowiedzieć, nie da się też pokazać tego, co najbardziej lubimy w tych książkach, czyli Doznań Ofiary W Tych Ostatnich Sekundach.

Standardowym rozwiązaniem literatury sensacyjnej jest więc TPM-MPV, zręczne przeskakiwanie „kamerą” jak w filmie. Początkujący pisarz się często na tym wywraca. Akunin o tym wie: w jednym odcinku Masa zaczyna się uczyć zachodniej sztuki pisania powieści i odkrywa, że jej najbardziej tajemniczym bohaterem jest właśnie Narrator. Obowiązuje go mnóstwo ograniczeń, na przykład powinien unikać słowa „powiedział” gdy mówi, że ktoś coś powiedział.

Czytałem te rozważania Masy mniej więcej równolegle ze „Schroniskiem, które przestało istnieć” Sławomira Gortycha. Jaka szkoda, że on ich nie czytał! Pierwszy tom jest pełen szkolnej narracji właśnie typu „powiedział złowrogo”, „pomyślał zgryźliwie”, „przedrzeźniał ją ze złością”. Narracją jest MPV tak nieudane, że przy niektórych przeskokach „kamery” wołam „niepotrzebny zoom!”, jak w komedii „Świat Wayne’a”.

Z wodą też jest źle. Narrator pisze „miał dość intryg w pracy”, „jechała krętą i wyboistą drogą”, „wsiadł do samochodu”. Człowieku, opisz te intrygi, te zakręty, te wyboje, ten samochód! I pisz takie dialogi, żeby czytelnik sam się domyślił, że coś było „zgryźliwe”!

Ktoś może powiedzieć (a nawet rzucić zgryźliwie), że przemawia przeze mnie zawiść, bo sam nie umiem napisać bestsellera. Pomyślę złowrogo, że pewnie ma rację, ale i tak wolę czytać autorów spełniających powyższe („skromne przecież, pomyślał”) postulaty. U Akunina woda jest najwyższej jakości – opisy skutej lodem Syberii, odciętej od świata wioski starowierców, luksusowego hotelu w Moskwie, jadalni dla pierwszej klasy na transatlantyku, porzuconej kopalni na Dzikim Zachodzie, obskurnej bałkańskiej karczmy, zaułków Chitrowki…

Jako się rzekło, nie czytałem jednak jeszcze wszystkiego (oraz w ogóle się jeszcze nie wziąłem za spinoffy typu „przygody Masy” czy też „syn Fandorina”). Może gdzieś jednak w końcu dołącza do jakiegoś spisku? Z pewnością wśród PT Komcionautów jest jakiś psychofan, który przeczytał Wszystko?

Nonapartyzm

Robiłem niedawno w Polityce coming out jako nie tyle może bonapartysta, co rzeckista. Jestem w wieku książkowego starego subiekta, identyfikuję się z nim z pewnością bardziej niż z Wokulskim. Nie umiem sobie siebie wyobrazić jako bogacza.

Pod jedną z poprzednich notek obrażono moje uczucia bonapartystyczne, że niby lepiej by było, gdyby terytorium dzisiejszej Polski pozostało pod zaborami pruskim i austriackim, bo by nas skanalizowali i uregulowali nam rzeki. A więc precz z Bonapartem, bo przez niego Kongresówka.

Zacznę od tego, że podobnie jak lemowskie smoki, Bonaparte może istnieć na wiele sposóbów. Skupmy się na dwóch.

Mogłoby go nie być wcale, w sensie że zmarł w dzieciństwie, albo (inspirująca literacko alternatywna ścieżka!) rojalistyczny zamach stanu z 1795 zakończył się sukcesem. Historycznie Napoleon uratował wtedy Republikę, ale wystarczyło że jedna kula poleciałaby trochę inaczej.

Taki całkowity brak Napolena (nonapartyzm na pełnej) to straszliwa dystopia. Bez Bonapartego Rewolucja poniosłaby całkowitą porażkę, jeśli nie w 1795 to 1797. Jakobini tak zdążyli skompromitować ideę demokracji, że rojaliści zaczęli wygrywać w wyborach (co zmusiło Barrasa to zrobienia „fructidora”).

Nonapartyzm to straszna alternatywna ścieżka historii. Cała Europa wyglądałaby jak carska Rosja. Wojny napoleońskie zmusiły pokonane państwa do liberalizacji. Legendarne „Prusy jako państwo prawa” narodziły się w odpowiedzi na porażkę „czwartej koalicji”. Francuska armia nastawiona na modernizację uzbrojenia oraz merytokrację („każdy żołnierz z buławą w tornistrze”), starła się z pruskim skansenem, w którym dowódcą było się z racji wysokiego urodzenia, a uzbrojenia nie modernizowano zaś od prawie stu lat, bo po co. Wymuszona przez Napoleona modernizacja państwa pruskiego była heglowskim „końcem historii”.

Pod koniec 18. wieku Austria była nadal częścią HRE, tworu rozpaczliwie wtedy już anachronicznego. Tłamsił gospodarczy rozwój Europy, utrzymując średniowiecze przywileje, typu „eksport z kraju X musi przechodzić przez miasto Y”. Niszcząc HRE, Napoleon z kolei wymusił modernizację na Habsburgach.

Alternatywna historia innych państw też wygląda strasznie. Nie powstaje dynastia Bernadotte (bo jak?), kraje nordyckie pozostają więc monarchiami absolutnymi. Socjaldemokracja nie ma jak wygrać wyborów, zresztą i tak jej nikt nie założył. Przecież w nonapartyzmie nie ma Marksa, a przynajmniej nie pod tym nazwiskiem. Nie ma kodeksu Napoleona, a więc nie ma emancypacji Żydów, a więc Hirsz Lewi nigdy nie wychodzi z getta i nie posyła syna na studia do Berlina.

Ktoś może by w końcu napisał „Kapitał”, ale znacznie później, bo i burżuazyjne rewolucje zaszłyby później. A może wcale? Średniowieczne stosunki produkcji dotrwałyby na kontynencie europejskim co najmniej do roku 1900 (i tak przecież dotrwały ich resztki gdzieniegdzie, choćby w Rosji).

Trudno sobie wyobrazić odzyskanie przez Polskę niepodległości w takim scenariuszu, bo w ogóle pojawienie się na mapie łańcucha państw od Finlandii po Rumunię wymagało serii niezwykłych zbiegów okoliczności. Które i tak by nic nie dały, gdyby nie idea demokratyczna buzująca na kontynencie przez całe stulecie – w nonapartyzmie zduszona w kołysce.

Gdy Polacy odczuwają nostalgię za zaborami pruskim lub austriackim (jak panowie E-E w owych komciach), tęsknią za tymi Prusami i Austrią, które Napoleon stworzył pod Jeną i Austerlitz. Czyli tymi, w których mityczny młynarz z Sans Souci mógł wygrać w sądzie z monarchą. Nie szkodzi że to nieprawda, te legendy wymyślono właśnie żeby kontrować tęsknotę za kodeksem Napoleona.

To nas prowadzi do innego sposoby nieistnienia Cesarza Francuzów – do nonapartyzmu lite (by nie rzecz wręcz, leger). W nim Napoleon ratuje Rewolucję, dokonuje pod Jeną i Austerlitz heglowskiego „końca historii”, ale z jakiegoś powodu w Tylży w 1807 jest pobłażliwy wobec pokonanych (ktoś go podtruwa? może Talleyrand?). Granice zaborów zostają jak w 1795, nie powstaje Księstwo Warszawskie, a więc po jeszcze bardziej nieuchronnej klęsce Bonapartego, nie ma powodu by tworzyć namiastki polskiej autonomii.

Ten scenariusz to nadal horror. Ze względu na tę całą moją bijografistykę, przeczytałem historie różnych polskich miast. Okres 1795-1807(9) wszędzie jest wymieniany jako lata upadku. Chętnie poznam kontrprzykład, jeśli ktoś z PT komcionautów wie, że to akurat była Złota Era Mycisk.

Nawiasem mówiąc, historycy mają proste kryterium odróżniania ery złotej od ery brązowo-woniejącej. Czasem się stawia nowe szpitale, szkoły, mosty itd, czasem się je zamyka/burzy z powodu braku środków na utrzymanie. Według tego kryterium, większość (wszystkie?) miasta w Polsce mają najlepszą epokę od czasów jagiellońskich.

Pierwotną przyczyną upadku było po prostu to, że Lublin, Warszawa czy Olsztyn przestały być regionalnymi ośrodkami administracyjnymi, stały się zadupiem na końcu mapy, z którym centrala w Wiedniu czy Berlinie sama nie wiedziała co począć. Część z tych miast odżyła dzięki wymuszeniu na kongresie wiedeńskim utworzenia namiastek polskiej autonomii, wliczając w to Wielkie Księstwo Poznańskie. Nostalgia za pruskim albo austriackim zaborem to nostalgia za czymś, co powstało w wyniku Kongresu Wiedeńskiego i/lub Wiosny Ludów, a więc znów pośrednio za sprawą Napoleona.

Na czele tych namiastek autonomii często stali polscy patrioci, którzy walczyli w zaborcami z bronią w ręku – a po kolejnej porażce słusznie uważali, że trzeba budować gospodarcze podwaliny na przyszłość. Często byli to weterani, no cóż, znów napoleońscy. Typowy przykład to ekipa Zajączek – Staszic – Rembieliński – Drucki-Lubecki, której zawdzięczamy Łódź, SOP i sieć dróg krajowych.

Nie pretenduję do miana Znawcy Polskiej Historii Jako Takiej, więc chętnie poznam kontrprzykłady. Czy znajdzie ktoś przykład miasta, które (a) było w Polsce do 1772 (b) zaznało rozkwitu w XIX wieku z pominięciem postnapoleońskich struktur autonomii?

Miasta wcielane bezpośrednio do państw zaborczych przeżywały zazwyczaj upadek, z którego wychodzą dopiero dzisiaj: zaborca wyznaczał im rolę prowincjonalnej dziury, w której w nic nowego nie inwestowano, za to rozsypywały się średniowieczne katedry i zamczyska, pamiątki dawnej chwały. Coś przegapiłem? Tylko zanim ktoś wyskoczy z okrzykiem „Katowice!”, proszę przyjrzeć się OBU WARUNKOM.

Krótko mówiąc, wiele zawdzięczamy Bonapartemu. Polska wyglądałaby dużo gorzej w scenariuszach nonapartyzmu „full” jak i nonapartyzmu dietetycznego. Ponadto w obu prawdopodobnie w ogóle nie wraca na mapę, podobnie jak większość (wszystkie?) państw położonych na styku dziewiętnastowiecznych mocarstw. Choćby taki Mariampol był ośrodkiem litewskiego odrodzenia narodowego właśnie dlatego, że było to jedyne litewskie miasto, na terenie którego obowiązywał Kodeks Napoleona – więc stójkowy nie mógł tak po prostu przechodnia wziąć do kozy za używanie „dialektu żmudzińskiego” w miejscu publicznym.

Czy to dobrze że te państwa istnieją? Zachód jest pełen onuc, które tak twierdzą. Polska prawica się do nich umizguje, mimo swojego deklarowanego „patriotyzmu”.

Mój patriotyzm jest lewacki – to miłość do polskiej kultury. Cieszę się, że Polska się odrodziła, bo dzięki temu różni moi ukochani pisarze i filmowcy mogli tworzyć swoje dzieła w naszym pięknym języku. I już choćby to czyni mnie bonapartystą-rzeckistą.

Now Playing (211)

W moim wieku już bliżej jest niż dalej, rób co chcesz. Co za tym idzie, żyję coraz bardziej Wspomnieniami. Lubię wspominki z czasów, gdy jeszcze to wszystko jakoś zasuwało do przodu, zanim pierwszy był krok w rozpadlinę bez dna.

No właśnie, kiedy? Nie wiem. Moim osobistym peakiem ostatnio wydaje mi się pewien dzień z roku 2002. Tego samego dnia jednocześnie na wywiady zgodzili się Mój Ukochany Pisarz oraz basista mojego ukochanego zespołu rockowego (będący liderem po odejściu poprzedniego lidera, ale i tak od początku najbardziej kochałem właśnie basistę).

Z perspektywy ćwierćwiecza przyznam, że dzień takich dwóch wywiadów to Rzecz Wspaniała. Ale ja wtedy byłem stachanowcem wierszówki, w wiecznym niedoczasie, zawsze na debecie, więc przede wszystkim się martwiłem, jak mam się z tym wyrobić.

Pisarz zapraszał do swojego mieszkania w łódzkim blokowisku. Basista zgadzał się pogadać przez telefon. Ostatecznie więc wyszedł z tego mikromaraton, że pociągiem na dworzec Łódź Fabryczna (dla młodzieży: nie było autostrady, nie było pendolino), taksówką na Retkinię, a potem taksówką do redakcji łódzkiej „Wyborczej”, gdzie udostępniono mi telefon z magnetofonem, z którego wykręciłem przysłany mi przez agenta numer, usłyszałem ten charakterystyczny brytyjski sygnał, który od dziecka znałem z „The Wall”, a potem odebrało jakieś dziecko i zawołało „tato, ktoś do ciebie”. Wszystko się dobrze skończyło, ukazały się oba wywiady. Dziś więc wspominam to jako swój peak, a wtedy czułem się w piekle przepracowania.

Żyjąc wspomnieniami, słucham ostatnio dużo owego zespołu. A zwłaszcza wczesnych płyt, a zwłaszcza w ogóle pierwszej – „Rattus Norvegicus”. Jak wiadomo, moje nastoletnie gusta miotały się między rockiem progresywnym a punkiem. Czyli z jednej strony „trzy akordy darcie mordy”, z drugiej „concerto for a group and orchestra”.

Już od pierwszej płyty, zespół The Stranglers uprawiał heglowską Syntezę obu skrajności. Wzbogacał punkowe instrumentarium o klawisze, głównie organy Hammonda, w których dźwięk generowany był elektromechanicznie. Były podatne na interferencje i przesłuchy, nadające brzmieniu nieprzewidywalność, zaskakująco dobrze pasującą do punk rocka.

Szczytową formą rocka progresywnego, jak wiadomo, była wieloczęściowa suita. Już pierwsza płyta kończy się punkową suitą (być może pierwszą w dziejach gatunku?) – „Down In The Sewer”, składającą się z czterech części, „Upadek”, „W kanale”, „Próba wydostania” i „Wyścig szczurów”.

Jak przystało na punk rocka, to tak naprawdę parodia tych wszystkich „błyszczących szalonych diamentów”. Prawdziwy fan King Crimson powinien dostać palpitacji (choć nie sam Robert Fripp, jak wiadomo otwarty na autoironię). Z perspektywy czasu bardzo doceniam to, że wszystko jest konsekwentnie Prymitywne (od czasu do czasu ktoś gra jakąś niby-solówkę, ale bez wirtuozerii, która zabija piękno rocka tak jak finezja zabija piękno futbolu). Natomiast przez cały czas utrzymywane jest rockowe Napierdalanie Rytmicznej Machiny, składającej się zawsze co najmniej z basu i perkusji, czasami dodatkowo z gitary i/lub klawiszów unisono.

Parę razy już pisałem na blogu o „Stranglersach”, ale zawsze z późniejszych płyt. Bo też i jak przystało na pokolenie Wychowanych Na Trójce, po raz pierwszy usłyszałem ich z płyty „Feline” (1983). Że przedtem grali punka, było to dla mnie zaskoczeniem. Ich wcześniejsze płyty nie leciały w radiu. Krążyły w kręgu znajomych, ja przywiozłem „La Folie”, inni mieli inne rzeczy, nawet single (kupuję je teraz jako dziaders, ale 40 lat temu przegrywałem je na kasety od tow. Zgliczyńskiego).

„Down In The Sewer” opowiada fabularną historię, po punkowemu sprowadzoną do minimum. Podmiot liryczny trafia do kanału (jak? to długa historia, odpowiada wymijająco). Snuje wizję prokreacji ze szczurami, bo urodzą mu dzieci, które Przetrwają.

Szczur stał się, jak wiadomo, maskotką zespołu, tak jak potworny Eddie maskotką Iron Maiden. Jak już parokrotnie pisałem uważam, że ówczesna punkowa i metalowa makabra pełniła funkcję terapeutyczną. Piosenki przenosiły nas przez świat wypełniony tym, czego się najbardziej boimy czy brzydzimy, żebyśmy czuli się oczyszczeni w finale, gdy automat podnosi ramię gramofonu.

Jako dziaders doceniam coś, na co wtedy nie zwracałem uwagi – Młodzieńczą Energię wykonawców. Trochę na zasadzie fałszywej nostalgii, wrzucam więc nie wersję studyjną (której tak naprawdę słucham), tylko demonstrujący tę Energię występ na żywo w Paryżu w 1979. Nie mógłbym na nim być nawet gdyby nie Żelazna Kurtyna, bo po prostu byłem za małym dzieckiem. Ale bywałem na takich koncertach przez wiele lat W Wyobraźni.

Niezatapialny kler

Image
W komciach pod poprzednią notką wspominałem o „Pastwisku” Dudkiewicza. Jak się okazało, polecałem je w felietonie, a nie na blogu – więc skoro za paywallem to wybaczam, że nie wszyscy moją polecankę przeczytali. Rozmazany skrin fragmentu na zachętę!

Nim przejdę do jego głównej tezy, mikrowprowadzenie. Pisałem kiedyś na blogu o Wielkim Zachodnim Cheacie – nagłym skoku rozwojowym, który spadł na naszą cywilizację około 11. stulecia. To jakby parę osób grało Zachodem, Bizancjum, Islamem, Chinami i kim tam jeszcze, pierwszy gracz w 9. stuleciu jest jeszcze na końcu tabeli, a potem dostaje nagłego kopa i wszystkich sobie podporządkowuje w 20. stuleciu.

Moja interpretacja praprzyczyn tego cheata jest taka, że niechcący wynaleźliśmy pluralizm. Rozpad cesarstwa rzymskiego na Zachodzie sprawił, że Europa Zachodnia już nigdy nie odzyskała czegoś takiego jak „centralny ośrodek władzy”.

Co za tym idzie, nie mieliśmy kombinacji „centralna religia wychwala centralnego imperatora”. Relacje cesarza z papieżem u nas zazwyczaj były chłodne, czasem otwarcie wrogie. W dodatku papież niekoniecznie był autorytetem dla wszystkich zachodnich chrześcijan i to jeszcze na długo przed Lutrem.

Wytworzyło to sytuację, która była chyba unikalna dla naszego kręgu kulturowego. Nasi przodkowie przez tysiąc lat z okładem mogli myśleć tak – „jestem lojalnym i praworządnym poddanym/obywatelem, ale uważam działania mojego księcia za bezprawne i odwołam się do sądu cesarskiego” oraz „jestem pobożnym katolikiem i uważam kazanie proboszcza za heretyckie, odwołam się do kurii”.

O tym dualizmie trzeba pamiętać, gdy się chce Zrozumieć Kościół. A rozumieć go trzeba nawet z pozycji wojującego antyklerykalizmu.

Komuniści go nie rozumieli, więc (teraz już przechodzę do streszczania Dudkiewicza) zerwali stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską. Efekt był taki, że skoro nie miała w Warszawie oficjalnego nuncjusza, prymas Wyszyński stał się „pełniącym obowiązki”.

Dudkiewicz pisze, że legalizujące to papiery „zaginęły”, sugerując że Wyszyński być może sobie tę rolę uzurpował. Nawet jeśli tak było, Watykan to uznawał de facto aż do wznowienia stosunków w latach 70., kiedy było już pozamiatane, polski kościół miał za sobą trzy dekady Absolutnej Władzy Prymasa.

Później zrobiło się jeszcze gorzej, bo gdy Wojtyła pojechał do Watykanu, absolutną władzę delegowano w dół. W kościele zaroiło się od niezatapialnych biskupów (typu Paetz) a nawet niezatapialnych prałatów (typu Jankowski). Rzecz jasna, władza absolutna korumpuje absolutnie, towarzyszył więc temu upadek moralny i intelektualny polskiego Kościoła, z którego nie wyszedł do dzisiaj.

Książka Dudkiewicza pomogła mi zrozumieć mechanizmy wykraczające poza jej temat. To zapewne dlatego Wojtyła tuszował zbrodnie hierarchów dopóki się dało, a jak już się nie dało, wolał stracić całą Austrię niż przyznać rację „buntownikom”. Wojtyła wywołał falę laicyzacji na Zachodzie 20 lat temu, bo wierni czekali na potępienie „niezatapialnych”, a papież ich wzywał do praktykowania „cnoty posłuszeństwa”. Po jego śmierci ta fala dotarła także do nas, co jednych cieszy, drugich martwi.

Dla nas najsmutniejsze jest to, że PRL dał Kościołowi także i drugi prezent: monopol na opozycyjność. Czechosłowaccy opozycjoniści spotykali się w gospodach, nasi w kościołach. W stanie wojennym wytworzyło to sytuację, w której na zewnątrz było szaro, ponuro i straszno – a tu uśmiechnięty ksiądz i przemiła siostra częstują herbatką. Gdyby związek filatelistów oferował taki azyl, opozycja by pokochała zbieranie znaczków.

W efekcie laicka lewica była w 1989 pozbawiona swojego głosu i w mediach, i w polityce. Tygodnik „NIE” się w to wpisywał, bo Urban swoją obrzydliwością sprawiał, że krytyka Kościoła na łamach jego tygodnika była brana w samounieważniający się nawias. Innej zaś bardzo długo po prostu nie było. Jeszcze w czasach pierwocin tego blogaska, otwarta krytyka Wojtyły w mediach była nie do pomyślenia. Miewałem wtedy komcionautów zaszokowanych tym, że tutaj o Papieżu pisze się innym tonem niż w „Wyborczej”.

Morał z tego wszystkiego jest taki, że hipotetyczny rząd Zandberga nie powinien iść na rympał. Zerwać stosunki z Watykanem, to może fajnie brzmieć w social mediach, ale w praktyce byłoby przeciwskuteczne. Konkordat należy renegocjować oraz uruchomić grę, w którą Kościół lubi grać od tysiąca lat. Ok, konkordat zobowiązuje do „organizowania nauki religii”, ale czymże „nauka”? czymże „religia?”, czymże „organizacja?”. My też tak możemy, to tylko kwestia woli politycznej.

Kaszkiet Nieczajewa

Pojawiają się tu czasem komcie przychylnie odnoszące się do słusznie minionego ustroju. Wychwalają go też różne przygłupy na Zachodzie, w rodzaju Hasana Pikera. Na wszelki wypadek odniosę się więc notką.

Łatwo popaść w schemat wyobrażania sobie minionego ustroju jako niezbyt udanej, ale jednak próby zbudowania socjalizmu. W tej wizji Lenin, Stalin i Trocki jawią się jako idealiści, którzy może trochę pobłądzili, ale to nie do końca ich wina przecież – bieda, wojna, spisek kapitalistów i tak dalej. Ale mimo tych trudności udało się zbudować piece Magnitogorska i wyzwolić kobiety, a więc minusy nie powinny przesłaniać plusów!

Gdy mowa o Rosji, człowiekowi często trudno uwierzyć w prawdę, bo prawda jest zbyt szokująca. Gdzieś znalazłem anegdotę, że gdy Robert Conquest wydał książkę o stalinowskim terrorze, spotkała się z niedowierzaniem. Co dla Polaka oczywiste, dla Anglika było nie do wiary. Gdy po 1991 otwarto archiwa okazało się, że rzeczywistość była jeszcze gorsza. Trzeba było opracować nowe wydanie – według anegdoty, Kingsley Amis zasugerował tytuł „I Fucking Told You, You Fucking Morons”.

Otóż Leninowi nigdy nie chodziło o socjalizm w jakimkolwiek zachodnim rozumieniu. Prawa pracownicze, prawa kobiet, pokój, postęp? On miał to wszystko w żopie. Oczywiście nie mógł tego powiedzieć wprost, ale widać to z jego czynów (oraz między wierszami z korespondencji). Moim zdaniem, on był z tej trójki najgorszy po prostu dlatego, że Stalin i Trocki bez niego nie zdobyliby władzy i pozostaliby drugorzędnymi psycholami, realizującymi sadystyczne pragnienia wyrywając muszkom nóżki. W każdym razie, elementarne fakty typu kalendarium wydarzeń nie potwierdzają naiwnego wyobrażenia, że na początku chodziło o jakieś ideały, ale przyszedł Stalin i wszystko zepsuł. Bolszewikom od początku chodziło o terror i ludobójstwo.

Czemu? Tu trzeba się cofnąć o dobre sto lat, do praźródeł europejskiego socyalizmu, czyli rewolucji francuskiej i jej upadku. Po Kongresie Wiedeńskim wszyscy europejscy postępowcy czuli się jednym ruchem, od czartystów po dekabrystów. Moskwa-Gandawa, wspólna sprawa! Dlatego Mickiewicz mógł wtedy mieć „przyjaciół Moskali” i nikt nie widział w tym zdrady.

To się rozjeżdża w połowie stulecia, gdy na Zachodzie siły postępu odnoszą pierwsze sukcesy, a w Rosji odwrotnie, wszelki bunt kończy się kolejnym przykręceniem śruby. W dodatku na Zachodzie galopuje rewolucja przemysłowa, która w Rosji przyjmuje się z oporami.

Rosyjskich postępowców przyprawiło to o kryzys tożsamości. Czy te wszystkie fraternity i egality pasują do Rosji? Na Zachodzie telegrafują i mają drogi żelazne, a u nas list idzie miesiąc, a o drogach szkoda gadać. Większość kraju przez większość roku jest nieprzejezdna, w głubince życie toczy się tak, jakby czas się zatrzymał w 17. wieku. Co tu gadać o socjalizmie, jak porządnego kapitalizmu nie idzie zbudować?

Pojawiło się nowe pokolenie rewolucjonistów, którzy mieli na te pytania bardzo radykalną odpowiedź – zabijać, zabijać, zabijać, Postęp rozpozna swoich. Nie mieli bezpośredniego odpowiednika na Zachodzie, ale ponieważ z natury rzeczy często kończyli na emigracji, to zyskiwali tam pewną sławę, zwłaszcza niejaki Nieczajew, którego „Katechizm rewolucjonisty” inspirował lewackich terrorystów jeszcze w XX wieku.

Przyjęło się ich nazywać „nihilistami” głównie za sprawą dwóch literackich portretów, Turgieniewa i Dostojewskiego. Obaj sięgnęli po podobny motyw: „liberał starej daty spotyka radykalniejszego syna, który jest pod wpływem kolegi, będącego już ewidentnym psycholem”. Dostojewski był za reakcją, Turgieniew za postępem, więc ich arcydzieła („Ojcowie i synowie” + „Biesy”) są jak teza i antyteza, prowadzącego do dialektycznie spójnego wniosku: jeśli ci ludzie się się kiedtś dorwą do władzy, będzie masakra.

Literackie portrety nihilistów doprowadziły do zjawiska przypominającego fandom Voldemorta. Wprawdzie zazwyczaj tworzono je celem potępienia takiej postawy (z wyjątkiem Czernyszewskiego), ale były tak wyraziste, że w Rosji zaroiło się od ludzi stylizujących się „na Stawrogina”.

Jak wiadomo, zauroczona przystojnymi nihilistami Wiera Zasulicz wdała się w korespondencję z Marksem, który przyznał jej, że drogi do socjalizmu mogą być różne i że już się nie upiera przy swojej pierwotnej koncepcji, że najpierw kapitalizm. Kto wie, może faktycznie niepiśmienni chłopi z głubinki zrobią lepszy socjalizm?

Czemu Marks napisał ten list, nad tym głowił się niejeden autor. Moja prywatna teoria jest taka, że w 1881 już było oczywiste, że pierwotna wizja Marksa jest nieaktualna, mechanizacja przemysłu nie osłabiła negocjacyjnej pozycji proletariatu tylko odwrotnie, doprowadziła do pojawienia się arystokracji robotniczej – proletariatu zbrojnego w „uprawnienia do obsługi suwnicy”. A poza tym to był po prostu catfishing – to jakby dzisiaj dostał maila „Dear Mr Marx, I am a young Russian girl very interested in your work”.

Ten jeden list (!) zastąpił rosyjskim nihilistom cały „Kapitał”, odtąd mieli namiastkę teoretycznej podkładki. Więcej nie potrzebowali. Dla tego typu ludzi zawsze ważniejsze jest to, żeby odpowiednio seksownie dobrać kaszkiet do apaszki. Oraz żeby przed lustrem wypracować odpowiednio groźną minę wojownika za sprawę.

Tylko że ponieważ mówimy o Rosji, musimy pamiętać o tym, że w rewolucjonizmie najbardziej podniecało ich hasło „zniesienia wszelkich moralnych ograniczeń”. Niczym ich literackie pierwozory, byli albo po prostu sadystami (jak Stawrogin), albo socjopatami, podekscytowanymi władzą dla samej władzy (jak Wierchowieński jr).

Kogo w Rosji interesowała teoria czy praktyka socjalizmu, ten dołączał do mienszewików albo eserowców. Kogo interesował terror dla przyjemności terroru (bo przy okazji można trochę sobie pogwałcić i potorturować), ten został bolszewikiem. Krwawa dyktatura nie była dla nich środkiem, tylko celem.

Bolszewicy wkraczali na polskie ziemie trzykrotnie. Opisywano te ich wkroczenia w literaturze wspomnieniowej, w której nie ma motywów typu „robotnicy i chłopi ucieszyli się, że ich wyzwolono z okowów kapitalizmu”. Za to dużo mordu, gwałtu, tortur i grabieży.

Polska specyfika jest o tyle ciekawa, że polscy komuniści w 1945 mieli już za sobą doświadczenie wymordowania KPP. Nie było więc wśród nich naiwnych wielbicieli Stalina. Ideowi komuniści byli u nas tylko w jednym pokoleniu i też im szybko przeszło.

Co ważne, nie potępiam w czambuł wszystkich działaczy PZPR, bo niektórych postrzegam jako kontynuatorów Druckiego-Lubeckiego. W czasach zaborów zręczna gra pozwoliła wybudować na polskich ziemiach infrastrukturę i przemysł, które nierzadko nam służą do dziś. Szanuję niektórych decydentów z PRL, którym też się to udało – ale to nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek lewicowością. Podobną grę trzeba by podjąć w alternatywnej rzeczywistości, w której w Rosji biali wygrali wojnę domową i to oni nas przyszli okupować.

Co do wcielania w życie lewicowych wartości, PRL sytuował się niemal zawsze za zachodnimi demokracjami. Statystyki niezbyt dobrze to opisują, bo w ślad za swoim rosyjskim pierwowzorem, PRL był państwem fikcji. Język rosyjski nieprzypadkowo obfituje w idiomy opisujące „pokazuchę” – coś, czego nie ma w realu, ale jest w sprawozdaniach.

Gdyby wierzyć w oficjalną wersję, życie hutnika, górnika czy stoczniowca było wspaniałe. Ale przecież to oni właśnie byli największymi antykomunistami. To oni obalili ten ustrój – a nie kler, burżuazja czy CIA. Dla każdego szanującego się marksisty to powinno zamykać dyskusję. Gdyby PRL tworzył dobre warunki życia dla klasy robotniczej, to by go ta klasa nie obaliła.

Celowo w notce nie odnoszę się do detali. Że wczasy pracownicze, że konsumpcja mięsa per capita, że miliony mieszkań, że dziadek pasał kozy a ja zostałem inżynierem – wszyscy to znamy na pamięć, ale jeśli ktoś odczuwa niedosyt, zapraszam do komentarzy.

Chcę się skupić na planie ogólnym. Że gdyby radziecki komunizm potrafił chociaż tyle co kapitalizm – dać masom minimum typu „adres w bloku i mały fiat”, to by nie upadł. Chiński, jak mniemam, potrafi przynajmniej tyle (ale jak wiele razy mówiłem, o Chinach nic nie wiem). W każdym razie jajako młody człowiek snujący plany na dorosłość wiedziałem, że w PRL nie mam szans nawet na tyle. Podobnie czuli się młodzi robotnicy, którzy w 1988 wywołali ostatnią falę strajków, która to paskudztwo definitywnie dobiła.

Coraz mniej ludzi pamięta tamten ustrój. Młodzież próbuje go sobie wyobrazić na podstawie zdjęć, na których istotnie może wyglądać atrakcyjnie (zwłaszcza w obiektywach mistrzów takich jak Rolke czy Siemaszko). Ale ten psychol Stawrogin też był przecież przystojny.

Nowoczesność jako piekło

Po raz pierwszy z nazwiskiem „Hulot” zetknąłem się czytając Pana Samochodzika. W którymś tomie (tytułu nie pomnę, ale z pewnością ktoś zaraz przytoczył) przedstawia się takim fałszywym nazwiskiem. Już wtedy wydawało mi się dziwne, a potem – gdy dowiedziałem się jak to należy wymawiać – jeszcze dziwniejsze. Jak ktoś mógł uwierzył w takie nazwisko rdzennie prasłowiańskiego Pana Tomasza (o subnordyckim typie urody, to akurat pamiętam że z „Uroczyska”)?

Podejrzewam w każdym razie, że „Wakacje pana Hulot” Jacquesa Tati silnie zainspirowały Nieniackiego zwłaszcza przy wyobrażaniu sobie Wehikułu. Za sprawą ekranizacji moje pokolenie wyobraża go sobie głównie na wzór Volkswagena Typ 166 „Schwimmwagen”, ale podejrzewam, że pisarz kierował się estetyką wehikułu pana Hulot (pasuje do literackich opisów, typu „skrzyżowanie czółna z namiotem”!).

Z wikipedii dowiedziałem się, że był to samochód marki Salmson. Jak wiecie, fascynuje mnie teoria i praktyka Porażki, zafrapowała mnie więc historia tej firmy – zaczynała skromnie od robienia pomp, potem weszła w motoryzację i lotnictwo, aby po serii porażek wrócić do pomp.

Historia Jacquesa Tati wygląda podobnie. Po serii udanych niskobudżetowych komedii zrealizował w końcu wysokobudżetową, która go zrujnowała. Do końca życia się nie wykaraskał z finansowych skutków tej superprodukcji, jego filmu wypadły z obiegu, dopiero niedawno udało się je zdigitalizować.

Z przyjemnością sobie je odświeżyłem po latach (moje poprzednie zetknięcie było jeszcze za komuny). Jako nauczyciel, wszędzie widzę opinie i orzeczenia, nie mogę się więc powstrzymać przed myślą, że w gruncie rzeczy to są komedie o spektrum.

Oczywiście, w tamtych czasach jeszcze nikt nie miał autyzmu (wszak nie wynaleziono jeszcze szczepionek!). Pan Hulot jest hipsterem-prekursorem, zanim to się zrobiło mainstreamowe. Zachowuje się jak duże dziecko, nie rozumie intencji dorosłych, nie umie czytać emocji. Komizm często polega na tym że on nie dostrzega czegoś oczywistego dla widza.

Do rzeczy niepojętych dla Hulot należy Kult Nowoczesności. Hulot zdaje się najlepiej czuć w przestarzałej Francji ciasnych zaułków, starych ruder i malutkich knajpek „Chez Margot”. Wszystko to ma być wyburzone, żeby ustąpić Przyszłości. To właśnie dekoracje futurystycznej dzielnicy pokazanej w „Playtime” zrujnowały twórcę.

Nowoczesność pokazana jest tutaj jako piekło, które ludzie sami sobie gotują nie wiadomo po co. Jakby chcieli stać w korkach i mieć ogłuszającą paradę samochodów pod oknem, siedzieć na niewygodnych meblach w dysfunkcjonalnych pomieszczeniach, używać hałaśliwych machin, które niby mają coś upraszczać, a tylko przeszkadzają.

Część akcji „Playtime” dzieje się w szklano-aluminiowym hotelu, w którym wiszą reklamy innych hoteli tej sieci. „Visit Mexico!” „Visit Hawaii!” „Visit London!”. Na każdym zdjęciu identyczny budynek, tyle że doklejono stereotypowego Meksykanina czy londyńskiego policjanta.

Oglądam to z mieszanymi uczuciami (i pewnie takie były intencje twórcy). Z jednej strony, oczywiście ja też hejtuję nowoczesność. Gdy stoję przed kaucjomatem, wpłatomatem czy zniczomatem, czuję się bezradny jak Hulot w futurystycznej kuchni swojej siostry.

No ale z drugiej sam na przykład lubię sieciowe hotele, które wszędzie są jednakowe (bo lepszy brak niespodzianek od złych niespodzianek). No i oczywiście bezgranicznie kocham samochody. W filmach Tati niby są pokazywane jako źródło utrapień, ale jednak w długich zmysłowych ujęciach, niczym porno dla petrolheadów. W dodatku nienaturalnie dużo mamy tu samochodów amerykańskich i to tak pięknych jak Chevrolet Bel Air ‘1957.

Obsesja motoryzacyjna splata mi się tu z innym moim konikiem, jakim jest tropienie momentu, gdy Europa zachodnia uciekła wschodniej. Kiedy czytaliśmy powiedzmy „Mikołajka”, widzieliśmy w nim jeszcze jakieś odzwierciedlenie naszego dzieciństwa, ale w latach 80. już było widać, że żyjemy w innych epokach. Nasi rówieśnicy w zachodnich filmach już mieli wtedy domowe komputery podłączone do globalnej sieci i hakowali wojskowe serwery zapobiegając wojnie termonuklearnej. To się nie przekładało na dzieciństwo w PRL, nawet jak ktoś miał timeksa z peweksu.

Szczególnie wyraźnie widać to właśnie w motoryzacji. W latach 50. moskwicze, skody czy wartburgi są podobne do oferty volvo, fiata czy peugeota. Tylko amerykańskie samochody wyglądały wtedy jak z innej planety. Socjalistyczna motoryzacja grzęźnie gdzieś w połowie lat 70. i najtańszy volkswagen zaczyna być atrakcyjniejszy od flagowych produktów bloku radzieckiego. W roku 1960 kwestia „fiat czy moskwicz?” nie było jeszcze oczywista (Lem chętnie uczestniczył w takich rozmowach), ale w 1980 już nie ma o czym gadać (za to amerykańska motoryzacja spada z piedestału).

Cztery filmy z panem Hulot pochodzą z lat 1953-1971, w tym pierwszym jeszcze widać ślady powojennej biedy i mógłby podobnie wyglądać w Polsce. Ten czwarty dzieje się już w Europie Zachodniej oplecionej siecią autostrad i gnającej nimi coraz prędzej nie wiadomo po co.

I ostatnia refleksja – dopiero teraz zauważyłem, jak silny wpływ Jacques Tati wywarł na polskie komedie, zwłaszcza te kultowe, antysystemowe. „Miś”, „Brunet wieczorową porą” i (zwłaszcza) „Rejs” czerpią z pana Hulot pełnymi garściami. Szczątkowa fabuła nie ma sensu, jest tylko pretekstem do serii gagów. Niekoniecznie bardzo wyszukanych, czasem chodzi o to, że ktoś się chce uprzejmie ukłonić i dupą strąca bezcenną wazę z epoki Ming, ha ha. U Barei też jest trochę slapstiku i humoru od czapy (np. cameo Sherlocka Holmesa w „Alternatywy 4”). U Tati też nie wszystko jest krytyką kapitalizmu.

Ogólnie więc polecam, jeśli ktoś nie ma lepszego pomysłu na wieczór.

Now Playing (210)

Pod notką rocznicową pojawiły się liczne głosy chwalące cykl muzyczny na tym blogu. OK, tak naprawdę to jeden, ale spróbuję być asertywnym jak Ludzie Sukcesu.

Skoro blog ma 20 lat, muszę chyba wyjaśnić coś Młodym Ludziom, jeśli takowi tu zaglądają. W zamierzchłej przeszłości, gdy Lech Wałęsa hodował velociraptory, komunikaty „Currently Playing” / „Now Playing” były wyświetlane na kieszonkowych odtwarzaczach, a zwłaszcza na ich jedynie słusznej wersji, iPodach.

To była wtedy Nowoczesność! No ale nic się nie starzeje tak szybko jak nowoczesność. Młodzież używa tego całego streamingowego ekskrementingu, a ja się cofnąłem do winyli. Nawet dałoby się zmienić tag „Playlista” tak, żeby się trzymac konwencji nazywania wszystkiego na „p” (przecież polichlorek!), ale zostawmy z szacunku dla Tradycji. W każdym razie, cykl niepostrzeżenie wyewoluował z „co mi leci z odtwarzacza” na „nowy placek na talerzu”.

Niczym Paul Anderson, szukam w tych plackach z lukrecji przede wszystkim własnych wspomnień. A że należę do „wychowanych na Trójce” (tak, wiem, obciach, ale proszę z tym na swojego bloga), wiele muzycznych wspomnień łączy mi się z Trójką, a zwłaszcza z Listą Przebojów w klasycznym okresie.

Słuchałem oczywiście regularnie, przy czym część przyjemności polegała na słuchaniu tych utworów, które tam leciały w kółko jako podkład muzyczny. Staram się je zbierać na winylach, trochę dla swojej przyjemności, a także dla tych rzadkich chwil, gdy występuję publicznie. Na początek puszczam jeden, żeby zasygnalizować gościom w czyje łapska trafili i czego się mogą spodziewać (przeważnie zresztą to nie ma sensu, ludziom się wydaje że to z radia albo z laptopa).

W tamtych czasach żeby je usłyszeć, trzeba było włączyć Trójkę. Nie dało się tego nagrać (bo Niedźwiedzki ciągle coś gadał i zagłuszał), a kupienie tego na winylu to w większości było marzenie ściętej głowy. Jeden podkład był dostępny tylko na maksisinglu „Look of Love” ABC, drugi tylko na albumie z remiksami Human League (dla zmyłki wydali go pod szyldem League Unlimited Orchestra – to dopiero autosabotaż, ciekawe ilu ludzi odłożyło z niesmakiem taką płytę w przekonaniu, że to jakiś cover band), a trzeci wreszcie tylko jako ścieżka B singla „Bostich” duetu Yello.

I tenże sobie właśnie kupiłem. O ile mi wiadomo, tylko w tym formacie można kupić wersję instrumentalną (która w LP3 leciała gdy Niedźwiecki wspominał archiwalne notowania). W roku 1981 był to jeszcze szkic zamysłu piosenki, która w następnym roku dojrzała już do wersji wokalnej (wydanej na płycie „Claro Que Si”). Wydaje mi się, że we wszystkich późniejszych wydaniach mamy już wersję wokalną, albo co gorsza koncertową.

Te klasyczne trójkowe dżingle z lat 1980-1982 to synth pop i nowa fala. Potem gust Niedźwieckiego poszedł raczej w stronę Whitney Houston, mój też ewoluował, ale nostalgię do synth popu z tej epoki zachowałem.

Syntezatory były wtedy analogowymi pudłami z mnóstwem pokręteł i możliwości konfiguracji. Za chwilę staną się standardowymi keyboardami, mogącymi grać piękne dźwięki, ale jednak z góry zaprojektowane przez fabrykę. A za kolejną chwilę, z eksperymentów Morodera wyjdzie zautomatyzowane umcyk-umcyk.

Tymczasem pionierzy elektronicznego popu nie tylko kręcili pokrętłami, ale też łączyli syntezatory z klasycznym instrumentarium, acz często przepuszczonym przez elektroniczne filtry. Dawało to ogromne bogactwo brzmień – echa, wybuchy, przestery, efekty taśmowe. Szybko to wyszło z mody, a w czasach cyfryzacji wszystkiego często jest to już niemożliwe do odtworzenia.

„She’s Got a Gun” brzmi jak muzyka filmowa – do czegoś, co wyświetla nam się w wyobraźni. Wersja z tekstem poszła tym skojarzeniem, dowiadujemy się nawet, że to „czarno biały francuski film z lat 50.”, potem poznajemy fabułę… no i super, ale dla mnie to jak dopowiedzenie dowcipu. Przecież i tak zawsze lepszy będzie film z wyobraźni.

Synthpopu z tamtej epoki świetnie się słuchało samemu w ciemnym pokoju, puszczając wodze wyobraźni. Nadal zresztą jest to miłe, o ile się ma ciemny pokój, analogowy sprzęt (z jego ciepłymi, staroświeckimi, dyskretnymi światełkami) i wyobraźnię. A może po prostu wtedy byłem w Odpowiednim Wieku, a teraz to już tylko Wspomnienia? Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia, czy to kolejny fenomen z serii „tylko dla dziadersów”? A Wy Jak Myślicie?

Dwudziestolatka

Notkę pisaną z okazji dziesięciolecia bloga zakończyłem słowami: „O tym, co mnie czeka przez następne 10 lat, myślę już wyłącznie ze strachem. Zero nadziei (…) Niech Cthulhu ma nas w swojej opiece wobec tego, co mi i Wam szykują nadchodzące lata”. Był rok 2016 i początki tego, co dziś nazywamy „zepsuciem symulacji”.

Nie powiem, że przyszłość nadeszła gorsza niż w najgorszych oczekiwaniach, bo sam układałem sobie wtedy postapokaliptyczną powieść o pandemii. Nigdy jej oczywiście nie napiszę, skończyło się na jednym opowiadanku osadzonym w tym uniwersum.

Czułem też, że moja pożal-się-boże kariera w mediach dobiega końca, ale w życiu bym nie uwierzył, że już za 4 lata zostanę nauczycielem. W 2006 nie do pomyślenia było dla mnie z kolei, że za 5 lat zostanę działaczem związkowym. Strach pomyśleć, jakie niespodzianki życie szykuje mi koło 2031.

Część niespodzianek minionej dekady było dla mnie przyjemnych, nawet bardzo. Raz nawet stałem na scenie, z osłupieniem odbierając statuetkę, a potem dukałem improwizowane słowa podzięki. Żadnego spiczu sobie nie przygotowałem w przekonaniu, że jak zwykle skończy się na nominacji.

Parę razy zapraszano mnie też na iwenty bardziej masowe niż zwykle. Robiłem to co i tak lubię robić, czyli siedziałem na scenie i z kimś gadałem, ale zazwyczaj to się odbywa dla parunastu osób w jakiejś bibliotece. Kiedy wielotysięczna publiczność śmieje się z twoich żarcików albo bije ci brawo, to Jedna Z Najprzyjemniejszych Rzeczy W Życiu.

Swoje najważniejsze książki mam już raczej za sobą – więc już mnie więcej na taki iwent nie zaproszą. Skoro tak to lubię, to pewnie powinienem się proaktywnie sam wciskać, ale odziedziczyłem po rodzicach taką inteligencką pierdołowatość, „siedź w kącie aż znajdą cię”.

Dla moich rodziców słowa takie jak „karierowicz” czy „dorobkiewicz” były Najgorszymi Obelgami. Mieli taką postawę życiową jak „okularnicy” Osieckiej albo inteligenckie fujary w filmach Barei i Zanussiego. Wierzyli, że nie wypada się „rozpychać łokciami”, cenić komfort, gromadzić doczesne dobra, chwalić się, „przeć do przodu za wszelką cenę nie oglądając się na innych”. Należy być zadowolonym z tego co życie przynosi i nie grymasić („dzieci w Afryce głodują!”). PRL-owska literatura młodzieżowa też lansowała taką postawę („Pan Tomasz vs Waldemar Batura”, itd).

Czy znajdę wśród komcionautów Grupę Wsparcia? Czy wam też przekazano taki system wartości? Zwalczam to w sobie od 40 lat, ale generalnie nadal jestem ofermą, która czeka aż się ktoś zlituje i poprosi do tańca.

Spiking of łicz, w tej dekadzie odkryłem w sobie pasję winylowego didżeja. Czuję się oczywiście na to za stary, w sensie dosłownym – to cholernie CIĘŻKIE hobby. Kilkakrotnie zdarzyło mi się grać dla szerszej publiki i to też są rozkoszne momenty, gdy puściłeś floor fillera i to się okazało nie być wyświechtaną metaforą, albo gdy parkiet się zapełnił za wcześnie, bo myślałeś, że jeszcze nikt nie będzie tańczyć, więc puściłeś coś raczej nastrojowego (na przykład: „Luz blues” Urszuli, w jedynie słusznej wersji z siódemki), albo gdy publiczność wtóruje chórem (na przykład do „Take On Me” A-Ha), albo gdy zziajana osoba tancerska przychodzi zapytać, co to był za genialny kawałek przed chwilą (na przykład Martika, „I Feel the Earth Move”).

Trudno wyjaśnić, co w tym lubię. Sama czynność puszczenia płyty już mi sprawia przyjemność, której nie daje kliknięcie. Potem jest coś ekscytującego w wybieraniu następnej piosenki – jednym okiem patrzę na publiczność, drugim przeszukuję pudła z płytami, by podjąć w końcu decyzję, trafną lub nie, że może „My Sharona”, a może „Freed From Desire”. Mój format to „stare złote przeboje”, co w zasadzie wyklucza profesjonalne występy dla zarobku, ale starzy ludzie w moim wieku to lubią.

Z punktu widzenia blogowego, największe zmiany to migracja z bloxa na komercyjny serwer (2019), a potem uruchomienie crowdfundingu (2024). To pierwsze udało się dzięki nieocenionej pomocy kol. kol. V oraz S, a to drugie dzięku stu parudziesięciu sponsorom, którym kłaniam się bardzo nisko.

Jeszcze w 2020 zarzekałem się, że „nem nem soha”, bo to wszystko jest fundamentalnie sprzeczne z etosem inteligenckiego frajera. Żeby namawiać do wpłat, muszę przecież powiedzieć, że To Coś Bardzo Ważnego. A ja oczywiście pierwszy przyznam, że jestem nieważny. Świat ledwie by zauważył zniknięcie tego blogaska.

Mój jedyny nieśmiały argument jest taki, że niewiele mamy miejsc, w których lewica może sobie pogadać bez algorytmów Muska czy Zuckerberga. Oczywiście pod wieloma względami jestem od nich gorszy, ale pod innymi lepszy (na przykład można do mnie napisać maila z odwołaniem). Niczym Bernie Sanders z memów, ponownie więc zwracam się z żebraniem o wsparcie.

Jeżeli znacie inne takie miejsca, to dajcie znać. Sam bym tam chciał zaglądać. Mam wrażenie, że teraz wszędzie albo „zamknięty kanał na diskordzie”, albo jakiś wariant twitterowej nawalanki (z korpomoderacją i sponsoringiem kryptowalut). To nie te czasy, kiedy dyskusja u MRW przelewała się do Szpaka – któremu, nawiasem mówiąc, skasowali konto bez wyjaśnienia, co jest zabawną puentą do dyskusji sprzed lat że po co wam blogi, wystarczy fejs.

Czasami zastanawiam się, czemu mój blog przetrwał to Wielkie Wymieranie. Myślę, że zadziałały głównie dwa czynniki: dekadę temu ciągle z rozpędu jako-tako zarabiałem w korpo, więc nie przerażało mnie płacenie za serwer, poza tym dzieci się usamodzielniły i miałem nadwyżkę wolnego czasu.

A poza tym wtedy jeszcze ciągle miałem nadzieję na Sukces i marzyłem, że obwieszczę go Właśnie Tu. Sam się teraz z tego śmieję, ale nie uwierzylibyście, jak blisko to było. Jak w piosence o deszczu w Kalifornii! Oh that talk of opportunities… Byli już jacyś zainteresowani reżyserzy, producenci, wydawcy, tłumacze, nawet zrobiono concept art do projektu serialu albo próbny przekład paru stron.

Rozsypywało się to z różnych powodów, często tragikomicznych. Niestety nie mogę o tym pisać, martwe projekty z zasady pozostają w sekrecie. Ale każdy taki zgon to pyszna anegdota. Raz już było blisko, ale wszystko przekreśliła wygrana „naszych” w 2023 (nie że ja coś miałem robić z Pisem, odwrotnie, ktoś inny dostał ciekawszą ofertę od nowej władzy). Oczywiście niczego nie żałuję, rien de rien, wolę być przegrywem w Unii niż wygrywem w Polexicie.

Cóż, na koniec sobie i Państwu życzę ponownego spotkania na trzydziestej rocznicy. Moje plany „gdzie się widzisz za 10 lat” to „na emeryturze”, ale wielu miało takie plany w 1938. A nie mogę się oprzeć wrażeniu, że żyjemy w podobnej epoce.